Paralaksa tła

Historia Polaków którzy zmienili oblicze motoryzacji

Historia
Zborowskich

Byli jednymi z najbogatszych ludzi na świecie.  Poskramiali bolidy z silnikami samolotów, uratowali Aston Martina przed bankructwem, jeden z nich dał początek legendarnemu lakierowi British Racing Green, drugi najpewniej był inspiracją dla Fleminga przy tworzeniu postaci Jamesa Bonda. Oto nieprawdopodobna historia Eliota i Louisa Zborowskich: ojca i syna, arystokratów o polskim pochodzeniu, którzy samochodom poświęcili swoje życie: dosłownie i w przenośni.

W historii marki Aston Martin obok zupełnie brytyjskich nazwisk zaskakująco pojawiają się także dwa polskie. Jedno z nich należało do inżyniera Tadeusza Marka, o którym więcej piszemy w oddzielnym tekście. Drugie pojawia się w 1920 roku, gdy już siedem lat po rozpoczęciu działalności Aston Martina niejaki hrabia Zborowski z pomocą swoich pieniędzy uchronił mającą cieszyć się wspaniałą historią markę przed przedwczesnym upadkiem. Chodziło o Louisa Zborowskiego, młodego playboya o polskich korzeniach, który po ojcu Eliocie Zborowskim odziedziczył niewyobrażalną fortunę i pasję do wyścigów.

Polski Gatsby: Eliot Zborowski

Odrywając się od narodowych sentymentów trzeba przyznać, że Wiliama Eliota Zborowskiego nie łączyło z Polską wiele. Urodził się w 1858 roku w New Jersey w rodzinie, która emigrowała do Stanów Zjednoczonych blisko dwieście lat wcześniej. O swoich korzeniach rodzina ta jednak jak najbardziej wiedziała i pielęgnowała je, skoro ojciec Eliota, Martin, zmienił zapis ich nazwiska z Zabriskie na Zborowski – tak, jak nazywał się jego pra-pra-pradziadek Wojciech Zaborowski I, który przybył do New Jersey z Wystruci, ówcześnie leżącej na terenie Prus, dziś w Obwodzie Kaliningradzkim.

Zborowscy chcieli w ten sposób nawiązać do swoich arystokratycznych korzeni, których wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tak naprawdę nie mieli. Młody Eliot lubił się jednak tytułować hrabią; potrzebował tego przebijając się do amerykańskiej śmietanki towarzyskiej. Jego siostra związała się we Francji z baronem, a w 1892 roku on sam poślubił dziedziczkę wielkiej fortuny Margaret Laurę Astor Carey (nie przez przypadek nazywająca się tak jak pewna znana marka kosmetyków…), która dla niego wyrwała się z poprzedniego małżeństwa.

Eliot zresztą miał moralne prawo nazywania się hrabią, czy kimkolwiek chciał – gdy w wieku 20 lat zmarł jego ojciec, odziedziczył po nim nieruchomości wokół nowojorskiego Central Parku i rzeki Hudson wraz z wieloma innymi majątkami, które czyniły go wprost niewyobrażalnie bogatym. Za sprawą rodzinnych koligacji Eliot od młodości także spędzał wiele czasu w Europie, gdzie zafascynował go świat arystokracji. Sam ostatecznie przeprowadził się z rodziną do Wielkiej Brytanii jeszcze przed trzydziestką.

Co go przywiodło na drugą stronę Atlantyku? Z jednej strony nieprzychylne spojrzenia spowodowane rozbiciem wysoko postawionego, poprzedniego małżeństwa swojej żony, ale jeszcze bardziej Eliotowi zależało na adrenalinie. Jego pierwszą miłością były konie i brytyjskie polowania, ale naturalną koleją rzeczy wyparła je motoryzacja. Swój pierwszy pojazd samobieżny kupił już w 1898 roku i jeździł nim z uwielbieniem, ale żona powiedziała mu, że nie przystoi osobie o takiej pozycji pokazywać się na prostym trzykołowym pojeździe marki De Dion. Eliot zgodził się z nią, więc… postanowił kupić sobie coś szybszego! Zakochał się w motoryzacji niemieckiej i kolejne Daimlery i Mercedesy zaczęły zapełniać boksy jego stajni opustoszałej po sprzedanych koniach. Tak jak był dobry w polowaniach, tak szybko okazał się być także wprawnym, nieustraszonym kierowcą: w coraz szybszych Mercedesach zaliczał kolejne świetne wyniki a to w wyścigu Paryż-Wiedeń, a to w Ardenach. Choć brzmi to bardzo romantycznie, trzeba pamiętać, jak ryzykownym hobby były wtedy wyścigi: śmierć czaiła się na każdym zakręcie i w końcu dosięgnęła także Eliota, który zginął podczas wyścigu górskiego, wjeżdżając na szczyty nad Monako.

 

Jak Zborowski pokolorował wyścigi

Choć przedwcześnie zabrany z tego świata, Eliot nie wszystek umarł. Nazwisko Zborowski zapisało się w historii motorsportu jako osoby, która wymyśliła kolor British Racing Green, a w konsekwencji – pojęcie barw narodowych w sportach motorowych. Wedle tej teorii (jednej z kilku konkurujących), to właśnie Zborowskiemu możemy zawdzięczać fakt, że dziś włoskie Ferrari i Alfy automatycznie kojarzą się z czerwienią, Niemcy mają swoje Srebrne Strzały, a najlepsze wozy francuskie były zawsze niebieskie. Wszystko zaczęło się jednak od niekojarzonej raczej z Wielką Brytanią zieleni.

Genezy tej historii należy szukać w roku 1902, gdy brytyjski zawodnik Selwyn Edge wygrał w Innsbrucku przechodni puchar Gordona Bennetta. W dużym uproszczeniu, było to coś jak połączenie Formuły 1 z Eurowizją: reprezentujący swoje kraje kierowcy rywalizowali o chwałę i prawo do zorganizowania wyścigu w następnym roku. Selwyn Edge wygrał, ale wyścig nie mógł zostać zorganizowany na terenie jego ojczystej Anglii przez obowiązujący wtedy zakaz rywalizacji na drogach publicznych. Ostatecznie więc zawody odbyły się w sąsiadującej Irlandii na trasie wyznaczonej przez Edge’a i Zborowskiego, który zaproponował, by w ramach wdzięczności brytyjskie bolidy pomalować na kojarzoną z Irlandią zieleń. Od tego momentu barwa ta, znana już jako British Racing Green, stała się nieodłącznym atrybutem każdego brytyjskiego wozu wyścigowego. Obok wielu wspaniałych maszyn pojawiła się także między w zeszłym roku na trasach rajdu Mille Miglia na Aston Martinie DB2 polskiego zespołu Cisowianka Perlage, który także pielęgnuje pamięć o tej niebanalnej postaci.

Nigdy nie mów nie przygodom: Louis Zborowski

Zborowski pozostawił po sobie coś jeszcze – syna Louisa, który swoim spektakularnym życiem miał nawet przyćmić ekscesy ojca. Gdy Eliot zginął, jego syn miał zaledwie osiem lat. Wychowywała go więc matka, która jednak opuściła go tylko parę lat później w nie mniej tragicznych okolicznościach, chorując na raka. Louis w wieku szesnastu lat został sam z wielką posiadłością w hrabstwie Kent, siedmioma akrami Manhattanu, siedmioma kamienicami przy Fifth Avenue oraz jedenastoma milionami funtów na koncie w banku. Był sierotą, ale czwartą najbogatszą sierotą na świecie.

Miał więc wszystko, czego potrzeba, by kontynuować motoryzacyjną pasję ojca. To była dobra wiadomość dla Lionela Martina, współzałożyciela marki Aston Martin, który w 1920 roku został bez drugiego z założycieli, za to ze sporymi długami. Szczęśliwie jednak bez większych problemów udało mu się przekonać młodego Zborowskiego do wyłożenia potrzebnej sumy pieniędzy i dalszego wsparcia finansowego przez kolejne lata. Dla Louisa nie były to duże pieniądze – nie interesowało go nawet otrzymanie udziałów firmy w zamian za sprezentowany zastrzyk gotówki. Zależało mu tylko na ściganiu się jak najszybszymi bolidami, które chciał też osobiście współtworzyć. Zaangażowanie w Aston Martina zaspokoiło więc wszystkie jego ambicje: razem ze swoim przyjacielem, pułkownikiem Clivem Gallopem (który później miał zostać zapamiętany jako autor silnika pierwszego Bentleya), projektował coraz szybsze modele, którymi pobijał rekordy prędkości na słynnym torze Brooklands i próbował swoich sił w kolejnych wyścigach na terenie całej Europy, włącznie z topowymi Grand Prix.

 

 

Dla słynącego z sięgania po wyłącznie najbardziej spektakularne rozwiązania Louisa to dalej było jednak za mało. W 1921 roku postanowił on zbudować z pomocą Gallopa swój pierwszy autorski samochód. To, co mu wyszło, w żaden sposób nie przypominało ówczesnych bolidów wyścigowych i poraża swoim rozmachem nawet dzisiaj. Zawsze głodny prędkości Zborowski do napędu swojego wozu postanowił wykorzystać… silnik lotniczy! Wybrał największy z możliwych: napędzany prymitywnym łańcuchem sześciocylindrowy motor Maybacha o pojemności skokowej aż 23 litrów! Takiego kolosa mogło utrzymać tylko masywne podwozie ciężarówki Mercedesa, które samo w sobie ważyło pięć ton. Dzieło Zborowskiego nie było więc szczególnie finezyjne, ale nie można było odmówić mu skuteczności: osiągało prędkości do 190 km/h i wygrało z miejsca dwa wyścigi na owalu w Brooklands. W cokolwiek ekstrawaganckim duchu Zborowski specjalnie nie przejmował się stanem szczelności układu wydechowego, przez co mocarny wóz z silnikiem o pojemności równej kilkunastu współczesnych jednostek był tak głośny, że ponoć dostał oficjalny zakaz wjazdu na teren Cantenbury, obok którego lubiący hulaszcze życie milioner o polskich korzeniach mieszkał.

Radosne nastawienie Louisa zdradzała też nazwa jego dzieła: Chitty Bang Bang wbrew pozorom nie odnosiła się do dźwięków, jakie wydawał pracujący silnik, a mało kulturalnych zwyczajów brytyjskich żołnierzy, uwiecznionych w pewnej sprośnej piosence… Słuszna koncepcja znalazła rozwinięcie w kolejnych, udoskonalonych modelach: drugi Chitty Bang Bang odwołał się w pewnym sensie do downsizingu, zadowalając się silnikiem Benz Bz.IV o pojemności skokowej „zaledwie” 18.8 litra. Razem z trzecim wozem o tej nazwie zdobywały one dla Zborowskiego kolejne tytuły, ale ostatecznym dziełem jego życia miał być Chitty Bang Bang IV. Połączenie dwunastocylindrowego silnika lotniczego Liberty o pojemności 27 litrów i mocy 450 KM z nadwoziem coraz lepiej wykorzystującym zrozumienie aerodynamiki miało wznieść rekordy prędkości Zborowskiego na zupełnie nowy poziom.

I tak rzeczywiście się stało – w 1926 roku samochód osiągnął kosmiczne na tamte czasy 273,6 km/h. Ale zmodyfikowany wóz nazywał się już Babs, a za jego sterami siedział nie Zborowski, a J.G. Parry-Thomas. Zborowski już wtedy nie żył – zmarł tragicznie, podczas wyścigu pod koniec 1924 roku. W końcówce swoich lat startował w najznamienitszych wyścigach świata – tylko tych najszybszych, jak w amerykańskim Indianapolis 500 czy w GP Włoch na Monzy – w końcu spełniając swoją życiową ambicję dołączenia do fabrycznego zespołu Mercedesa, w którym ścigał się także jego ojciec. W Mercedesie także jego ojciec zmarł i przedziwnym trafem Louis podzielił jego los, tracąc życie na włoskim torze już podczas pierwszego startu w niemieckim samochodzie.

 

Gdyby żył dłużej, miał szansę stać się jednym z największych kierowców i konstruktorów w dziejach motoryzacji. Dziś o tym niesamowitym człowieku pamiętają już tylko historycy, ale w pewnym sensie został on uwieczniony w kulturze popularnej. Jedną z osób wśród widzów podziwiających poczynania Zborowskiego był młodziutki Ian Fleming, który pod wpływem tej postaci wiele lat później napisał nowelę Chitty-Chitty-Bang-Bang i w końcu stworzył postać Jamesa Bonda, której ekstrawagancki styl życia i zamiłowanie do szybkich samochodów w wielu miejscach przypomina postać pamiętanego z dzieciństwa, mitycznego bohatera. W noweli Chitty-Chitty-Bang-Bang postać porucznika Potta mówi do swoich dzieci: „Nigdy nie mówcie nie przygodom. Zawsze mówcie im tak, inaczej będziecie wieść bardzo nudne życie.” Brzmi to tak, jakby przez tę postać przemawiał sam Louis Zborowski…

 

Mateusz Żuchowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *